Skocz do zawartości

nowalijka

Forumowicz
  • Postów

    44
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Treść opublikowana przez nowalijka

  1. Chyba nie masz racji... Ostatnia przeróbka instalacji była na początku poprzedniej zimy, po niej cały poprzedni sezon i okres październik - grudzień tej zimy wszystko działało bardzo dobrze. Potem nagle się popsuło z dnia na dzień. Faktycznie najgorzej było w czasie tych kilku dni mroźnych w okolicach sylwestra, potem nieco lepiej, ale mimo palenia "na pól gwizdka" objawy zapowietrzenia i ubytku wody nie ustępowały. A po wymianie zaworu wszystko ustąpiło całkowicie. Przypuszczam, że popsuty zawór oprócz strumyczka wody doprowadzał też do instalacji powietrze (z rur ? z kotłowni ?). Gdyby to był błąd w wykonaniu instalacji, to dlaczego symptomy pojawiły się nagle bez żadnej naszej ingerencji w instalację i nagle ustąpiły po wymianie zawora?
  2. Dopisuję koniec tej historii, może komuś się przyda. Okazało się, że popsuł się zawór dopuszczający wodę do instalacji i woda cały czas sama się dolewała małym strumyczkiem. Nadmiar uciekał do kanalizacji. Dlaczego to "dolewanie" powodowało zapowietrzanie instalacji i wbrew logice ubytki wody, nie rozumiem. Faktem jest, że po wymianie felernego zaworu wszystkie problemy skończyły się. Instalacja przestała wydawać jakiekolwiek dźwięki, wszystkie grzejniki grzeją aż miło, od wymiany zaworu (ok. 2 tygodnie) nie dolewaliśmy wody. I tylko cieszę się, że nie zdążyliśmy wymienić sprawnego kotła. Pozdrawiam.
  3. Dzisiaj w końcu byliśmy rano obydwoje w domu i mogliśmy sprawdzić ilość dolewanej wody na wodomierzu. Wczoraj nie dopuszczaliśmy nic, dzisiaj wyszło ok. 1,5 litra. No to już nic nie rozumiem. Zresztą nawet na oko wydawało mi się, że ostatnio wody ubywa mniej. Na początku wydawało się, że pół instalacji jest zapowietrzonej i bez wody. Dopuszczaliśmy chyba po kilkadziesiąt litrów dziennie. Z czasem nauczyliśmy się zawsze przed rozpaleniem dopuszczać aż do uzyskania przelewu, ale czas dopuszczania (malutkim strumieniem) był coraz krótszy. Problemy zaczęły się na przełomie roku, gdy były mrozy i grzanie non stop z temperaturą 60-80 st. na kotle. I wtedy było najgorzej. Teraz palimy od rana do późnego wieczora, w nocy wygasa, temperatura na kotle ok. 40-50 st. Więc: albo woda przy intensywnym grzaniu tak paruje, że ucieka jej sporo przez naczynie zbiorcze, po prostu trzeba dopuszczać często wody. (wersja optymistyczna, ale mało prawdopodobna) Albo robi się dziura w kotle, która rozszerza się w wysokich temperaturach i wtedy woda ucieka szybciej (wersja pesymistyczna). Trzecia wersja, to dziura, która była i zarosła kamieniem. Ale wtedy wyrok jest tylko odroczony... A prawdopodobieństwo zasklepienia się w tak krótkim czasie sporej dziury wydaje mi się znikome. A może ktoś ma jeszcze jakiś pomysł, lub sugestię. Mój plan: obserwować co będzie dalej, po sezonie porządnie wyczyścić kocioł i zostawić na jakiś czas. Potem obejrzeć i wtedy zdecydować czy kocioł wymieniać czy nie. Najgorzej jeśli coś się tylko chwilowo poprawiło i problem powróci ze zdwojoną siłą w przyszłą zimę. Mam pod opieką niepełnosprawnych rodziców, trochę za starzy na surwiwal...
  4. Dziękuję za odpowiedź. Tak zrobimy. Po sezonie wyczyścimy i przy okazji mąż pozagląda do środka, na ile można obejrzeć wnętrze komina za pomocą fachowego sprzętu w postaci lusterka i latarki ;). Od zewnątrz wszystko jest w porządku... ale u znajomych też tak było, wszystko dobrze, a jak zaczęły wyłazić śmierdzące plamy, to już nic nie pomagało. Wyglądało na to, że będą cały komin rozbierać... Więc się trochę boję. Zleciłabym ekspertyzę fachowcowi, niechby obejrzał komin jaką kamerą i zdecydował czy i co robić, ale kilkoro moich znajomych w ostatnich latach walczyło z problemami z kominami i wniosek jest jeden - fachowców od kominów nie ma. Jeden drugiemu przeczy, a jak co wymyślą, to okazuje się nieskuteczne... Jedyna nadzieja w tym forum. Wszystkie porady, które tu wyczytałam były trafione. Komin przedłużymy zgodnie z radą. Na oko nie jest poniżej kalenicy, ale też wiele nie wystaje... A gdzie najlepiej kupić taką rurę i czym izolować. Jakoś nie bardzo wierzę tym towarom z hipermarketów budowlanych, już lepiej może w jakimś sklepie metalowym... Ojciec załatwiał przez jakiegoś znajomego, wytrzymała 5 lat. Sądząc po tym, co tu przeczytałam to i tak dużo.
  5. W jakiej sytuacji trzeba montować wkład do komina? Mój ojciec palił całe lata metodą "od dołu" - wysoka temperatura na kotle przez parę godzin i wygaszenie - i następnego dnia tak samo. Ale od trzech sezonów palę "od góry", w zimie niemal bez przerwy, a że zimy mało mroźne, temperatura na kotle to zwykle 40-50 st. I tak się trochę martwię ta niską temperaturą na kotle, bo jak piec przyduszony, to komin się niszczy. Nie widzę póki co żadnych niepokojących symptomów, ale u kilku znajomych wyszły plamy na kominie, zwykle po zmianie paliwa, kotła itp. Więc postanowiliśmy w tym roku zainwestować we wkład. Myślałam, że raz się zmobilizujemy i będzie spokój na lata. A tu czytam, że to wcale nie takie proste, bo kwasoodporny trzeba wymieniać co kilka lat, a ceramiczny wymaga rozbiórki fragmentów komina na całej długości... Więc może jednak nie trzeba nic z kominem robić? A jeśli tak, to co najlepiej? Kocioł Optima Komfort 15 KW, paliwo - orzech z Chwałowic i trochę drzewa (głównie na rozpałkę), raczej suche, ale różnie bywa... Jak trzeba jakieś dane techniczne komina, to podpytam ojca... I jeszcze przy okazji - w czasie silnych wiatrów wracają nam spaliny szybami wentylacyjnym - czuć dym w domu. Ojciec miał przedłużony komin taką rurą kwasoodporną, ale w zeszłym roku ją zażarło, resztki mąż zdemontował. Ta rura trochę poprawiała sytuację, choć nie w 100%. Czy da się jakoś rozwiązać ten problem?
  6. Ehhh... gdyby u nas wymiana instalacji kosztowała 3500 brałabym w ciemno, ale obawiam się, że przynajmniej 10 000 + cena kotła. A jeszcze nie wiadomo, jak zrobią. :( Dolewki sprawdzimy przez parę dni i zaraportujemy ;). Naczynie jak pisałam niedawno wymieniane, ale zeszłej zimy działało bez zarzutu. Pompa faktycznie na powrocie, ale od kiedy jest, to zawsze w tym miejscu. Może jednak w sobotę namówię męża, żeby odczepił ten odpływ z NZ od kanalizacji i wsadzimy w jakie wiadro... Tylko że mój mąż to człowiek o wielu talentach :), ale do rurek ma dwie lewe ręce. Wystarczy że jakiegoś zaworka dotknie, na mur beton będzie kapało...
  7. Witam, podpinam się do tematu, bo problem taki sam. Z góry też przepraszam za niefachowe opisy, ale choć czytam i czytam wpisy na tym forum, to nadal niewiele rozumiem. Od kilku tygodni "znika" nam woda w CO. Instalacja stara, robiona ok. 30 lat temu, grawitacyjna, rurki i grzejniki stalowe, w międzyczasie pewne jej odcinki były "modernizowane" - część grzejników wymieniona na konwektory i dołożona pompka na powrocie. Kocioł węglowy. Przez lata działało bez zarzutu. Ale gdy wprowadziliśmy się 2 lata temu na piętrze dwa grzejniki były non stop zapowietrzone. Odpowietrzanie wystarczało na kilka-kilkanaście godzin. Na początku poprzedniej zimy wezwaliśmy fachowców (raczej sprawdzona ekipa). Wymienili naczynie zbiorcze, i na nasz wniosek te dwa grzejniki na konwekcyjne + rurki w tych pomieszczeniach na miedziane (cieńsze). Kazali dopuszczać wodę raz na tydzień. Wody nie dopuszczaliśmy, bo uważałam, że to jednak przesada (wcześniej rodzice dopuszczali wody do CO raz w sezonie). Wszystko działało idealnie. Tej zimy zaczęło nam bulgotać w grzejnikach, przelewać, ciurkac itd. Znów te dwa grzejniki były zimne. Dolaliśmy wody, odpowietrzyliśmy. OK. Na drugi dzień to samo. Początkowo wody trzeba było dolewać dość dużo, równocześnie z naczynia zbiorczego przez zawór z sykiem uciekało powietrze. Teraz dolewamy tej wody niewiele - tyle aż słychać wyciekającą wodę z naczynia zbiorczego przez rurkę wylewową. Ale musimy to robić codziennie lub co dwa dni. Wtedy wszystko jest ok. Jeśli wody nie uzupełniamy znów zaczyna się bulgotanie, dwa opisywane kaloryfery przestają grzać a w nocy, gdy pompka się wyłącza słychać jak woda z piętra z impetem opada do rur w piwnicy. Obejrzeliśmy oczywiście całą instalację (zdecydowana większość nie jest schowana), nigdzie śladu wycieków. Wygasiliśmy i wyczyściliśmy kocioł, zostawiliśmy na parę godzin - też ani śladu wody. Obawiam się jednak, że woda ucieka gdzieś w kotle i odparowuje (są takie przypadki wspomniane na forum). Kocioł nie jest stary (ma 6 lat), opanowaliśmy palenie w nim do perfekcji, a poza wszystkim nie bardzo mamy kasę na nowy. Więc nie chcę go wymieniać w ciemno, bo jeśli po wymianie kotła okaże się, że problem pozostał, to wyrzucimy kilka tysięcy w błoto... Stąd pytanie do doświadczonych forumowiczów, czy może być inna przyczyna? Ostatnio słyszałam, że jeszcze kilkanaście minut po dopuszczeniu wody do CO z naczynia zbiorczego wyciekała woda jakby "chlupnięciami" co kilkanaście sekund. Może to tam woda ucieka, ale rura wypływowa jest podłączona na stałe do kanalizacji i też wolałabym jej nie ruszać bez potrzeby. Z drugiej strony - lepiej ruszać rurkę niż kocioł. Czy ktoś ma jakiś pomysł? Proszę...
  8. Ogłoszenie nieaktualne.
  9. Witam po długiej przerwie. Mam do oddania za darmo kocioł c.o.Ogniwo s7wc-8. Rok produkcji 2010, zakupiony w 08/2012. O problemach z paleniem w tym kotle pisałam kiedyś na tym forum. Po forumowym "szkoleniu" z palenia od góry kociołek sprawował się bardzo dobrze. Był używany dwa sezony. Potem z powodów rodzinnych wyprowadziliśmy się do domu na wsi. Teraz likwidujemy mieszkanie w Gliwicach i chcemy oddać komuś ten kocioł, bo szkoda go na złom, a do domu jest za mały. Wiem, że wsród forumowiczów są osoby z Górnego Śląska. Kociołek jest w dobrym stanie, stoi w łazience, więc ma warunki lepsze niż w kotłowni :). Oddamy za darmo, ale trzeba go sobie wymontować z instalacji, znieść z drugiego piętra i przetransportować. Gdyby ktoś był chętny, to proszę o kontakt na maila kubacka-ja@o2.pl do tygodnia. Pozdrawiam.
  10. Podłączam się do tematu. Ten sam problem co u SZOKU. Ale instalacja stara (ok. 35 lat). Układ otwarty. W poprzednich latach zapowietrzał się jeden grzejnik na piętrze, trzeba było odpowietrzać tak z 3-4 razy w sezonie. Drugi na piętrze odpowietrzaliśmy raz na sezon. I poza tym wszystko działało bez zarzutu. Aż do tego roku, kiedy wszystkie grzejniki na piętrze zapowietrzają się 2 dni po odpowietrzeniu. W tym grzejnik w łazience (koło naczynia wzbiorczego), który nigdy się nie zapowietrzał i nie ma nawet odpowietrznika. Wody jest pod dostatkiem - rurka do naczynia wzbiorczego jest gorąca do samej góry. Generalnie rurki są gorące i pierwsze 2-3 żeberka, reszta coraz chłodniejsza, a od połowy- zimna. Muszę poszukać jakiegoś fachowca, ale może ktoś ma jakiś pomysł, co to mogłoby być. Jedyna zmiana związana z ogrzewaniem w ostanich latach, to palenie "od góry", w zimie w zasadzie non-stop, utrzymywana temperatura raczej stała ok. 45 do 60 stopni. Wcześniej palił mój tato, tradycyjnie i temperatura wody skakała od kilkunastu do 80 stopni, jak to przy tradycyjnym paleniu węglem. Ale w zeszłym roku paliłam już "od góry" i problemu nie było... Trochę się boję, że to coś poważniejszego, a tu zima, a i kasy na nową instalację nie ma...
  11. Dzięki za odpowiedź. Najbardziej mnie martwi duża ilość popiołu. W zeszłym roku po tygodniu palenia non-stop wyjmowałam z komory spalania pół wiadra popiołu i dosłownie garść koksików. W tym roku po trzech dniach piec zapchany jest popiołem, a to z kolei powoduje, że palenie nie przebiega tak dobrze i część pozostaje jako "koksiki". Łupków też w zeszłym roku nie pamiętam...
  12. Witam wszystkich po długiej nieobecności. Mam pytanie do forumowiczów, którzy w tym roku i w poprzednich kupowali węgiel z Chwałowic. Czy w tym roku zauważyliście różnicę w jakości węgla w stosunku do poprzednich lat? Pytam, bo od trzech lat kupuję węgiel z Chwałowc dla moich rodziców w tym samym składzie na Opolszczyźnie. Poprzednie dwa lata węgiel był bardzo dobry. W tym roku (przy takim samym paleniu "od góry")- więcej popiołu, niewypalonych "koksików" i popiołowych łupków. Moi znajomi, którzy też kupują w tym składzie, mówią to samo - węgiel jest wyraźnie gorszy. Twierdzą, że węgiel pewnie jest "od Ruskich", sprzedawany jako z Chwałowic. Ale może po prostu Chwałowice się pogorszyły. Chciałabym wiedzieć, czy skład jest uczciwy i czy w przyszłym roku też tam kupować, czy też faktycznie oszukują i szukać nowego dostawcy. Pozdrawiam wszystkich, szczególnie tych Forumowiczów, którzy nauczyli mnie palić "od góry" i życzę wesołch Świąt i wszyskiego dobrego w Nowym Roku.
  13. Dzięki lukas87, myślałam raczej o czymś takim: http://www.ekocieplotech.pl/cat,89_PIECE_KUCHENNE_W%C4%98GLOWE__i__KAFLOWE. Nie potrzebuję piekarnika, bo będzie w kuchence gazowej, po poszperaniu w necie znalazłam więcej takich piecyków w nieco niższej cenie róznych producentów. Ale nie znam nikogo, kto cos takiego ma. Jak to się sprawdza, na co zwrócić uwagę. Może ktoś ma jakies doświadczenia z podobnym piecykiem. Pozdrawiam
  14. Witam, znowu muszę prosić Forumowiczów o pomoc. Przymierzamy się do remontu kuchni u moich rodziców. W miejsce starej kuchni węglowej chcemy zainstalować kuchenkę gazową, ale oprócz tego chciałabym podłaczyć piec na węgiel i drewno, taki mały, kominko-podobny, najlepiej gdyby miał w boku kafle, żeby ogrzewał kuchnię do wieczora, a równoczesnie u góry płytę grzejną, taką małą na 2 garnki, żeby się przy okazji rosół ugotował ;). Oglądałam takie w internecie, ale nie chwalą się ceną, nie wiem też który jest dobry. Może ktoś ma jakieś doświadczenia z podobnym piecem... Pozdrawiam - nowalika
  15. Witaj, jesli nie można przerobić Twojej instalacji na grawitacyjną, a boisz się efektów braku prądu, polecam rozwiązanie, które podpowiedział mi na tym forum albodek - zasilacz awaryjny z akumulatorem. Podpinasz do tego układu pompkę i w razie braku prądu pompka parę godzin pracuje na zasilaniu z akumulatora. Extra sprawa! Pozdrawiam - nowalijka
  16. Dzięki mac65 za pomysł z peletem. Czy trzeba go jakoś specjalnie przechowywać, tzn czy musi być w suchym i przewiewnym pomieszczeniu, czy może być w piwnicy. Piwnica nie jest wilgotna, ale wiadomo, jak to piwnica... całkiem sucha też nie jest. W mieście z zakupem, przygotowaniem i przechowywaniem drewna jest problem, chyba że ktoś ma kasę, żeby kupować wiązkę drewna w markecie za 30 zł. Dotąd pasożytowałam więc na moich mieszkających na wsi rodzicach. Może Twój pomysł rozwiązałby ten problem.
  17. Witam wszystkich po dłuższej przerwie. Dla niewtajemniczonych - pierwszą zimę paliliśmy w kotle Ogniwo Biecz 8Kw. Na początku totalna porażka, potem dzięki forum nauczyliśmy się palić od góry. I jest super. Mam spostrzeżenia związane z paleniem w małym kotle od góry, które mogą się komuś przydać. Nie jestem żadnym ekspertem, ot takie obserwacje praktykującego laika :) Po pierwsze - rozpalanie. W małej komorze spalania nie jest łatwo rozpalić kaloryczny węgiel (a taki daje największą stałocieplność) od góry. Po wrzuceniu wiaderka węgla na górze zostaje niewiele miejsca na "ognisko", w efekcie czasem węgiel nie rozpalał się wcale i trzeba było powtarzać rozpalanie. Częściej - rozpalał się, ale niemrawo, w jednym miejscu, zanim ogarnął całą powierzchnię paleniska minęła godzina, zanim temperatura na kotle osiągnęła 60 st., minęła kolejna. Sposób wymyslił mój mąż. Na węglu układa się wzdłuż paleniska na przemian drzewo i pognieciony papier, a jeszcze lepiej:drzewo, papier i tekturę, nie jedno na drugim tylko ciasno jedno obok drugiego na całej powierzchni paleniska. (drewno, papier, tektura, drewno itd). Na to - jedna łopatka drobnego węgla. Podpalamy papier (najlepiej zrobić sobie "wypustkę" z papieru do dolnych drzwiczek i zapalić ten papier przez nie, dolne drzwiczki (od popielnika) zostawiamy otwarte, góra całkiem zamknięta. Po 40 min. mamy w układzie 60 st., dolne drzwiczki zamykamy, uchylamy nieco rozetkę w górnych, resztę załatwia miarkownik ustawiony na 60 st. Przez następne 8 godzin nie pamiętam o piecu. Przetestowałam, działa bezbłędnie. Jak napisałam, przez 8 godzin nie myslę o piecu, chyba że .....chcę palić dłużej niż 8 -9 godzin. I wtedy pojawiał się kolejny problem. Małe kotły często obsługują ogrzewanie etażowe, a więc często znajdują się w mieszkaniu, w kuchni lub łazience. W tej sytuacji wygarnianie żaru, aby nim rozpalić kolejną porcję metodą "od góry" nie jest możliwe. Dokładanie do pieca poprzez wsypanie kolejnej porcji węgla na żar, też nie wchodzi w grę. Pomocna jest wspominana na forum metoda palenia "od boku". Jesli chcemy nadal palić (bez wygaszania i ponownego rozpalania), przegarniamy żar (musi go byc jeszcze sporo), na jedną stronę, oczyszczoną stronę uzupełniamy węglem. Najlepiej, gdy żaru jest jeszcze tyle, by dało się go trochę nagarnąć również na wsypany węgiel. I... viola, mamy następne 4 godziny spokoju. Potem można spróbować akcję powtórzyć, ale lepiej pozwolić górniaczkowi wygasnąć i rozpalić od nowa. Zdobyta na tym forum wiedza plus doświadczenia własne pozwoliły nam przezyć tą zimę zupełnie bezstresowo w cieplutkim mieszkaniu. (słuszna okazała się tez rada, by nie dopuszczać do wychłodzenia mieszkania). Może więc komuś te zapiski też się przydają. Pozdrawiam wszystkich forumowiczów, szczególnie tych, którzy jesienią cierpliwie mi pomagali i tych, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki jako palacze - nowalijka
  18. Witam, my mamy właśnie czujniki Kidde, te tańsze, bez wyświetlacza. Czy są lepsze od innych, trudno powiedzieć, jeszcze się same nigdy nie włączyły. W zasadzie są dla "spokoju sumienia" i tak ma pozostać, w tym zakresie swoją funkcję spełniają bardzo dobrze. Mają 7 lat gwarancji :). Ale myślę, że (jak pisze sambor) każdy czujnik z atestem jest dobry. Pozdrawiam -nowalijka
  19. Witam, Dzięki Waszej wszechstronnej pomocy wszystko działa bez zarzutu :) . Kupiliśmy w końcu węgiel z Bobrka, bo akurat taki mieli, a od Was wiedziałam, że będzie dobry. Palimy od góry, układ dochodzi do temperatury 60 - 70 st w ok. 40 min. Pełny załadunek trzyma tą temperaturę bez żadnej ingerencji jakieś 6-7 godzin, potem albo powoli wygasa albo trzeba przesunąć żar na jedną stronę i dołożyć. Pompka chodzi przez zasilacz, dzięki czemu mozna rozpalić, wszystko ustawić i wyjść na całe popołudnie. Wracamy i jest cieplutko :) . Ponieważ to mąż na ogół rozpala, ja często wręcz zapominam, że mamy kocioł węglowy :) . Tak więc chciałam Wam wszystkim gorąco podziękować za wsparcie, cenne rady i dzielenie się wiedzą i doświadczeniem. Gdyby nie Wy, nie wiem czy nie wymienialibyśmy kotła na inny w przekonaniu, że w tym się nie da palić. Zyczę wszystkim uczestnikom forum, a szczególnie moim Forumowym Nauczycielom ;) , udanego Sylwestra i wszystkiego dobrego w nadchodzącym roku, aby był spokojny, dostatni i pozwolił na realizację planów i marzeń. Nowalijka
  20. Super, też takie chcę :D
  21. No i właśnie, w łazience jednak taka akcja jest dość kłopotliwa. Ktoś pisał, że przesuwa żar na bok, dosypuje węgla i zgarnia żar na nowo wsypany węgiel. Ta sztuka też mi się nie udaje, bo dostępnymi mi narzędziami nie udaje się w kotle przesunąć żaru do góry na nowy węgiel. Chyba trzeba by jakieś grabki ognioodporne albo motykę, a najlepiej rękę żaroodporną włożyc do kotła i nagarnąć żaru pod górkę. :D Na szczęście sprawdza się też usypanie nowego węgla obok zgarnietego na jedną stronę żaru. To jest dla mnie wykonalne.
  22. Witam, na pewno lada moment odpowie jakiś specjalista od palenia, ja sama jestem dopiero w palaczowej "zerówce". Ponieważ jednak, choć masz zupełnie inny kocioł, to problemy masz podobne do moich, radzę abyś poczytał o paleniu od góry. Szczególnie, że Twój kocioł jest nawet określony jako "górnego spalania". A co możesz zrobić z instrukcją rozpalania, też znajdziesz w tym temacie... ;)
  23. Trudno powiedzieć, bo nie palimy całkiem zgodnie ze SZTUKĄ PALENIA OD GÓRY ;) . Przy rozpalaniu układamy warstwy do rozpalania od góry, ale węgla wsypujemy tak ok 2/3 kotła, reszta to rozpałka. I na początku otwieramy też drzwiczki popielnika, żeby ciąg był lepszy. Jak już wiele razy pisałam mamy węgiel trudno-palny ;), bez tych "modyfikacji" rozpalanie trwało 3 godziny :unsure: . W opisanych warunkach temparatura ok 60 st. utrzymuje się ok. 5 godzin bez żadnej ingerencji. Potem powoli zaczyna spadać, żaru jest ok 1/4 komory i wtedy zależnie od tego, jak długo chcemy jeszcze utrzymywać ogień, albo dokładamy ze 2 łopatki, albo przesuwamy ten żar do tyłu i wsypujemy jeszcze z pół komory węgla. W tym drugim przypadku (dokładka wypada gdzieś ok 22-giej) rano (ok. 6-tej) jest jeszcze trochę żaru i temperatura na kotle ok 40 st. Myslę, że u Ciebie jest faktycznie wina węgla, bo to z gatunku takich, co palą się jak słoma, dobrze i szybko. Ale trzeba też poeksperymentować z otwieraniem i zamykaniem różnych otworów ;) . Każda sytuacja jest inna, kocioł, ciąg, paliwo i nie ma jednej uniwersalnej procedury. Pozdrawiam i życzę cierpliwości. Napisz jak wypadło doświadczenie z innym węglem.
  24. Hmm, zabrzmiało trochę szowinistycznie, ale nie będę się czepiać :) . Faktycznie panie rzadko tu zagladają, co nie znaczy, że nie palą w kotłach (o czym pisał np. Albodek). A ja nie narzekam na brak zainteresowania, wprost przeciwnie, na początku, gdy problemy (i pytania) się mnożyły, dostawałam odpowiedzi niemal natychmiast. To pozwoliło nam przetrwać pierwsze próby i zaoszczędziło mnóstwo stresów. A czy na rozmiar pomocy miał wpływ mój "babski" nick? Mam nadzieję, że nie... Z cieplutkiego mieszkania pozdrawia nowalijka :)
  25. Witam, post przeczytałam, niestety trochę za późno dowiedziałam się, że są jakieś rozsądne możliwości podłaczenia kotła gazowego. Kominiarz i ekipa, która montowała kocioł zgodnie (choć niezależnie) głosili, że trzeba by stawiać nowy komin (nie było mowy, że tylko na strychu). Na początku wątku tak byłam zmęczona walką z nowym kotłem, że rozważałam każde rozwiązanie, byle się go pozbyć ;) . Teraz pali się juz bardzo ładnie, więc zapał do zmian osłabł... To miło, że się o nas tak martwisz, ale niepotrzebnie. Ten system funkcjonuje w kamienicy już ponad 20 lat, łazienka jest niemal bez przerwy wietrzona, mamy czujniki co w łazience i przedpokoju , sprawdzamy okresowo czy działają, jeszcze nigdy się nie włączyły same... Wiem, że jak ktoś czyta o takich rozwiązaniach, to mu się może włos zjeżyć, ale to niestety częste rozwiązania w starym budownictwie. Mieszkamy w domach budowanych przed wojną, przystosowanych do "kafloków" i kuchni węglowych. A chcemy mieć centralne ogrzewanie, "junkersy" i kotły gazowe... Każdy chciałby mieszkać w nowiutkim domu, przystosowanyym do nowych rozwiązań, ale wiele ludzi nie ma wyjścia... Ludzie mieszkają też pod wulkanem, niebezpieczenie, ale gdzie mają się podziać, jak tam jest ich dom... A i standardy się zmieniają, np. w Niemczech już odchodzi się od gazu, na rzecz ogrzewania i kuchni elektrycznych, bo instalacja gazowa sama w sobie jest niebezpieczna... Co do zamkniętego obiegu, tego bałam się bardziej, ale dzięki forum mam już zasilacz, który mi przypilnuje kotła na wypadek braku prądu. Instalację mam w miedzi, rurki cieniutkie, grzejniki konwekcyjne, z łazienki przez jedne pokój instalacja puszczona pod sufitem, co niby miało nieco ratować sytuację na wypadek braku prądu (że niby nieco grawitacji, ale czy ja wiem...). W tym mieszkaniu będziemy jeszcze mieszkać przez max. 5 lat, więc raczej w pierwszej kolejności zmienimy mieszkanie niż ogrzewanie. "Taki" w sensie - taki sam, czy też - taki mały... Ja w tej chwili z naszego jestem bardzo zadowolona, jak juz się zapali, to właściwie pozostaje tylko przerusztować przed spaniem, żeby się wszystko wypaliło. No ale, jak sam piszesz, jeszcze jest ciepło na dworze. U mnie ciągle jest problem z rozpaleniem, ale węglem, który mam, można by pożary gasić ;) . Ciekawe jak się będzie rozpalało innym węglem... Bo jak się wraca wieczorem do zimnego mieszkania, to jakoś całe poczucie humoru człowieka opuszcza... No ale, dzięki zasilaczowi nowe perspektywy przed nami ... :) Pozdrawiam cieplutko wszystkich Towarzyszy w Boju :D -nowalijka
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Używając tej strony zgadzasz się na Polityka prywatności.